=>> Wiersze w języku angielskim
Biblioteka
Ma pani coś do oddania?
Czy coś zmieniło się u pani?
Adres czy telefon?
Nie wiem jak czas zapełnić półkami czytania
Opowieści dobra i się nie śpieszyć
Ma pani coś do oddania?
Serce, może rękę?
Serce nie … umarło latami czekania
Ból
Napływają chmury do oczu
Nie mogę myśleć jasno“
Żarówka jest zgaszona – ciemno.
Zawężam przestrzeń własną.
Rymy nie napływają nurtem prawdziwych wzruszeń
Nie wiem czy przetrwam zaśniecie
Padnę prawdziwym trupem.
Ból wiąże oczy, mózg plącze wstążką przeznaczenia
Jak przetrwać dzień kreatywnie z takiego bólu, cierpienia?
Chyba jazda tramwajem dobra by na to nie była,
Książka – tez nie jest dobra, w masę jedną skleiła.
Ból skacze po trotuarze, kocich łbach i asfalcie,
Po piasku pełznie ślimaczo… ze mną tez walczy.
Buty zawiążę wiosennie
Ubiorę się w myśli zielone
Kwiaty jak zwykle kupię i umyję twarz z bólu głowy
Wypije kawę mocną, co krew burzy w dzień chmurny
I oczy mi to otworzy na dzień deszczowy, ponury
Z kwiatkami będę wracała do domu uśpionego pustkami
Wstawię je do wazonu z wielkimi, ciężkimi łzami
Cisza
Nagie ciała delikatne błądziły w pościeli
Myśli były tak konkretne, że znalazły miłość w bieli
Nie szukały ukojenia gdzieś po kątach pomieszczenia
I zaczęły konać w ciele
I skonały w upojeniach
I wypiły z wnętrza twego cały spokój i wytrwałość
Padły obok już nie myśli
Ich już nie ma
Cisza w ciele się rozlewa
Dla Ciebie
Namaluję ciebie na płótnie
portret, może we wnętrzu?
Z książką ulubionej poetki
Prosto zamyślony, z kobietą
Namaluje z kawa nad ranem
bielą szlafroka, śniadaniem.
Z mgła za oknem i haftem firanki
z karminem przezroczystej szklanki
Zmianą czcionki na lepsza i dzbankiem…
zwykłym dniem bez tempa i biegu,
samochodu, ludzi i sklepu
I rękami sięgającymi zenitu i bez słów w ciszy rozkwitu
Dla córki
Nadać rozpędu
i sensu głębokiego
w wierszu rymowanym,
datowania starego.
Dziś smutny dzień
pamięci odeszłych.
Nie chce się rymować
w wieku niepodeszłym,
doświadczeń za mało,
przeżycia ubogie
małe życie w domu
i sens tylko w Tobie.
Dom
Lubię tam spać i czytać, gotować,
Nucić kiedy trzeba…
Domem z azalią różową się szczycę
Mieszkam prawie na dachu, tam na samym szczycie.
Żyrandol kryształowy leży w kącie, czeka
aby ktoś rozświetlił obecność człowieka.
Dom
Dom zatopiony w myślach tak …
Tak zadumany, że wokół niego istnieje aureola w pół snu
Pół czuwania
Aureola cichego dumania
Zadumy zielonej smutnej i cichej podhalańskiej zadumy dumanie
Domem nazywam pomieszczenie,
gdzie sny się spełniają nie jednym marzeniem. W domu cicho zimą, ciepło w śnieżne dni, kaloryfer mruczy, deszcz spływa po szybach, śliczne w słońcu lśni. Dom mój wysoko, kuchnia w czekoladzie, obrazy pod ścianą myśli wciąż w nieładzie. Obrazy pod ścianą- slajdy życiorysu. Dom małym sekretem tuż przed kosztorysem.
Emigracja
Wyjeżdżam co sześć miesięcy i nie docieram do:
nowej ziemi obiecanej w prasie, pól golfowych i palm przestrzeni,
bryzy od morza i pelikanów ze świeżą rybą w dziobie.
Przestrzeni autostrad, aut, szkła i metalu,
nowych możliwości, gdzie możliwe jest to co chcesz…tak się w y d a j e…obce kraje.
Etap
zapomniałam jak pisać,
straciłam ducha lekkiego.
nie widzę biedronki czy ptaka
pędzla, motyla, owada.
mgły nie robą wrażenia
lasy murem się stają
ja już bez upierzenia
nie latam jak się zdaje
modlitwa więźnie w gardle,
łzy wyschły w piegach na amen,
jak obudzić się wreszcie,
jak potrząsnąć się całą?
woda już kręgów nie ma
i piasek patykiem dotknięty,
nie boli już żadna przytyka,
ptak lata pod oknem padnięty.
gdzie kolor zanika w ciemności,
gdzie mgła rankiem się staje,
zapadam się powoli w nicość i kamieniem się staję.
Gdy coś boli
Gdy coś boli wieszaj swoje palce
Na brzegu ostatniej półki
A czoło przykładaj do chłodu drewna ścian
Gdy już powiesiłeś siebie
Naprężaj krtań, by krzyczeć
Wzrok wbijaj gwoździem myśli w miejscu gdzie został ślad
Wzroku przybitego jeszcze piękniejszymi
dłońmi piękniejszych myśli
Gdy cos boli
Zasypiaj
Choć wiedz, że obudzisz się ryzykując większym bólem
Jednym haustem
Kawę wypijam nadzieja leczenia obolałej głowy
Słońce się chowa nareszcie niezdecydowanie
Do domu wiecznych łowów.
Zwinę się w kłębek jak kotek lub włóczka
Pazurem zaczepie się w kocyk
Samotny jest ból głowy w nocy.
Papierosy – rzuciłam
Kwiaty – nie dostaję
Zastrzyki – nie ma
Dni zakochanych
Pozostaje cichy pokój
Popołudnie prezentów nierozdanych
Dom
Lubię tam spać i czytać, gotować,
Nucić kiedy trzeba…
Domem z azalią różową się szczycę
Mieszkam prawie na dachu, tam na samym szczycie.
Żyrandol kryształowy leży w kącie, czeka
aby ktoś rozświetlił obecność człowieka.
Słowem
Jednym słowem machnąć szpachelką po płótnie.
Zatopić się w fali muzyki, zatracić
Dostać się na poziom wysoki tak cudny!
I nic więcej nie chcieć, tam trafić!
Jesień
Mgłą i deszczem się zaczyna
moknie niebo
ziemia cała i
gdzieniegdzie rozpoczyna
się wędrówka liści cała
wiatr przesuwa je pod drzewa
milknie słońce wiatr zawyje
i w kominie dym ucina
pochylając nisko krzewy
kolorowe dni zabiera
zamieniając jej ubranie
jesień liście gubi wszędzie
mgłą będzie owiana
krótsze dni wołają o powrót
odchodzącym słońcem
ciemność pustkę owija wieczorowym
końcem.
Jest druga….
Jest druga może, może w pół do drugiej chwili
Czasu nie popołudnia obiadowego.
Wcale nie ma kogoś.
Tylko cienie lampy kładą się spać nie pionowo bynajmniej
graniem herbaty na stole łyżeczką.
Akwarela podziwiana nie jest wcale z dnia poprzedniego.
Pędzel wysechł z bielą farby na kosmykach włosków.
Okulary się przewróciły i nie można przez nie patrzeć ale ostro ciągle i wyraziście.
Na brzegu piszę wiersza ostatnie słowo.
Łasuch
Zjadam ciastko kokosowe w wielkiej ciszy samotności.
Potem sprawdzam czy ktoś pytał o me ciastek dziś ilości.
Kokos, sezam i orzechy nie pochodzę z Polski chyba… w tajemnicy
Wciąż spoglądam czy ciasteczek gdzieś przybywa.
I powinnam zastanowić się nad wagą,
Nie ciasteczek przecież dziś!
I o pierwszej zjem z powagą sezamowy i miodowy miś.
Malowanie
Najlepiej nie studiować.
Chlapnąć farbą na małym płócienku,
Ekspresji przypadkiem pilnować,
łódeczką niebieską w białym okienku.
Nie studiować, przemyślać, wyrachowywać.
Grać plamą na podkładzie „laseru”,
Zapaść się, zapodziać w otchłani eteru.
Modlitwa
Kiedy robi się jaśniej…
Nadchodzi siła.
Można tworzyć w otwartym oknie bez sztucznego światła, bo myśli pomknęły prosto do nieba.
Mój ulubiony anioł
Wieczór zamykając mi oczy i wręczając mi zwiędłe dłonie otwiera okno
Wypuszcza dym myśli i podlewa zieleń jedyna na szafie.
Rozkłada skrzydła koszuli nie białej.
Wykręca ci kolczyk z ucha każe lustru pokazać jeszcze piękniej,
A mój anioł rozsuwa mi nie długie już włosy i podnosi ku górze oczy.
Nie jest źle
Przelatuję samodzielnie do wzoru ściany
Rysuje akcesoria twarzy
Kwadraty i figury „geo”
Nie jest źle
Ginę
Ginę w purpurze róż seledynowej tapety
Dopiszę… nie ratować!
Obawa
Szybko rysuję kreski i znika myśl papierowa.
Huśta się chwila u babci na brzegu filiżanki.
Ty nie ( mówi )ale czas do mnie przyszedł.
TY nie ale ja nie widzę dzierganych firanek szydełkiem.
Ciekawe jak to jest? Tak po prostu? Kreska? Po kawie? Wychodzi się?
Opis
I ogrom stołu, jego brudny brąz,
słoik… linia pędzla ciąży na nim wciąż.
Jego ciężkie nogi zbite w biel i czerń nie ruszają się.
Z góry sufitowej między dwoma ugrami, szarpie się wciąż wisi szarość ze sznurkami.
Tuż pod nimi krzyżak z pasami błękitu pościeli
wyolbrzymia gdzieniegdzie cząstki przyszarzałej bieli.
Wszystko to przecina kilka linii krzywych
w pół otwarte okno, kilka cieni nieżywych.
Tylko coś się dzieje w odbiciu okiennym,
kogoś ciągle widać w świetle już nie dziennym.
Jesienny obraz
Trawy jesienią splatane brązami
Światło widzę mimo wszytko
Uwięzione w zieleni
Trochę błękitu i ultramaryny
utknęło tu na chwilę
Pomarańcz farby rozlał się z zachwytem
Dominanta stała się refleksem
dzieliła obrazek
biel kartki szarpnęła i kompozycję zamknęła bez ramek
Pociągi
Pociągi, pociągi
Te pociągi…
Rozsuwane fotele
Miejsca dla matek z dziećmi do lat czterech
Naklejki nie palić i okruchów nie trzepać
I wysiadać gdzie trzeba
Pociągi, pociągi, pociągi
Rozsuwane firanki
Nie te stacje i nie te przystanki
Przepełnione wagony
Wybiegane
Pomylone perony
Pociągi, pociągi różne
Dworcowe godziny późne
Korytarzowe przeciągi
I drzwi wejściowe późne
Pociągi, pociągi wypłakane czekania
Noce bez sensu i czuwania
Wydreptane tam i z powrotem bez wysiadania
Pory roku
Wiosna w zielone zagrała
z latem w deszczu się zieleniła
lato słońcem malowało
jesień przyszła
z zimą bielą zakpiła
Promień światła
Oczy mi mówią dobranoc
Uszy nie chcą słuchać już
Dłonie mdlejąc od pracy uciekają
Dobra noc zaczęła się już
Tuż, tuż…
Rwą kolana od chłodu cierpiące
Stopy uciekają pod koc
Zaczyna się noc
Już sen rozkłada pościel z chmur, a zegar tykaniem usypia
Dobra noc i dobre rano
Skoro świt promieniem światła z ciemności przenika
Przepis
Najlepiej mieć ołówek i zmięta karteczkę papieru.
Popić kieliszeczek czerwonej wódeczki,
wypalić trochę chmielu.
Rozwiać wątpliwości:
przyjaźni, nienawiści, złości, miłości.
Nie tańczyć, nie smucić się wcale.
Celebrować dzień cały.
Wszystko się może się darzyć dniem małym.
Refleksy
Plączą się i błyszczą na wodzie i szybie
kolorowe światła w obrazie na szklance
w kontrastach i liniach w harmonii
krzywiznach
w bliku świecy nie gaszonej często
złotym odbicia obrazem
Z lusterka XV wieku
Sens
Skowronków pieśń i psa wycie
I kogoś radość i twój ból
Nie przejmuj si eto tylko życie
Gdy skończy się zostanie ….duch?
Żyj tym co życie daje
Czym dla ciebie bardzo ważne…boj jedno
życie się dostaje i jedno życie jest przeważnie.
Nie wierzysz w sens?
A sensem są te słowa?
Spójrz w lustro …patrz…a mówisz, że cię boli głowa.
Sto tysięcy może więcej
Sto tysięcy może więcej przyniosłam do domu
Całe mnóstwom i wypadło na wielką podłogę
Swym ogromem ciężkiej masy przydusiło tlen
Już nie mogę tu oddychać
Brakuje mi tchu
Sto tysięcy masę myśli przyniosłam ze świtem
Całe pęki mi wypadły jak zeschnięte bzy
Aromatem ciężkiej masy
Przydusiło tlen
Jak dziś myśleć jak wymyśleć
W gmatwaninie snów dzień piękniejszy od tamtego
Tamtego niż tu.
Spacery
Spacery liniami rysunku przecięte kartki roślin
Kolory cieplej jesieni plączą się niespokojnie
Nie przejmując się o kolor stracony bezpowrotnie
nieuchronnie deszcz zmyje barwy
w kierunku i tak bieli
Stare pióro
Mam pióro, pióro z nabojami Parkera.
I jasne stawiam kreski, celuje nimi, bo jest niebieskie.
Mam pióro Parkera wcale się nie rozbiera!
Zakręcone latami czekania…
Mam pióro Parkera.
Noszę je i liczyć chcę słowa.
I wcale nie można mimo godzin czekania.
„Zabić” godzinę nawet chwilą Parkera!
Pokręcić nim, wcale się nie rozbiera!
Z niecierpliwości złudzeniem pisać
rzeźbę słów wyryć w papierze… no nie rozbierze się na części, nie rozbierze…
Wykrzywiam się …
bez soku z cytryny ani wiśni bez cukru tak po prostu ,
bo dzień jakiś pusty bez nawet cienia osoby.
Powiało letnim słońcem.
Szkoda, ze nie ma Ciebie już z cukierkami dla nas,
wszystkie kwiaty Ci daliśmy świata na ostatnią drogę ale to nic.
Kościółek był tak bezwzględnie zimny, że umarłam z Tobą.
Szukałam tam ostatecznie porozumienia z Bogiem,
czy to sprawiedliwe aby zabierać pogodną osobę?
Będzie padać deszcz
Może śnieg
Ale nie będziesz mógł człowieku… biegać wśród drzew
Będą za stare, spróchnieją, potem wytną je źli
Gdy wrócisz… będzie tylko cisza
Nie będzie tego co chcesz odzyskać
Zastanowienia dom
Pozostały opadłe liście rąk
Tępy wzrok
Żegnajcie uśmiech i radość
Została cisza mącona krzykiem
Żegnajcie ciszo z brakiem humoru
Spazmatycznego śmiechu i róż zapachu i ich koloru
Ja tu nie mieszkam w zastanowienia domu
Tu mieszka reszta
Ulubione kolory
Ulubiony niebieski, wydłubany czyszczony wodą
Obok czerwony, też ulubiony cynober łódką pod spodem
Żółty linią na burcie
róż niebem zakwita
tylko fiolet w przestrzeni
„ mazajem” niebo z wodą przenika
Wszystkie drzwi
Wszystkie drzwi się otwierają do wewnątrz
Czekaniem na człowieka, który wejdzie niespodziewanie i zatrzasnę drzwi z łoskotem
Nie wypuszczę nawet myśli chcianej zawsze aby był
Będę przestraszona nicniemówieniem i łoskotem drzwi
w sercu też zimno.
Potem zobaczę strużkę
Płynie sama po czole
Jak ja po jeziorze kajakiem słońca
Zimno w domu. Lubię jesień, bo spadają kolorowe latawce z drzew.
Lecą, lecą w dół i nie wiedzą, że spadną na ziemię z cichym westchnieniem moim.
Życie
Zbuduję nowe miasto
To wspaniałe
I to wszystko zaczyna się już jutro
Zbuduje nowe miasto sobą
Będzie tyle życia w działaniu
I Bóg nie każe nam odlecieć stadem dzikich łabędzi
Zbuduje małe duże miasto
Zastanowienia dom
Pozostały opadłe liście rąk
Tępy wzrok
Żegnajcie uśmiech i radość
Została cisza mącona krzykiem
Żegnajcie ciszo z brakiem humoru
Spazmatycznego śmiechu i róż zapachu i ich koloru
Ja tu nie mieszkam w zastanowienia domu
Tu mieszka reszta
Z tytułem
Będzie padać deszcz
Może śnieg
Ale nie będziesz mógł człowieku… biegać wśród drzew
Będą za stare, spróchnieją, potem wytną je źli
Gdy wrócisz… będzie tylko cisza
Nie będzie tego co chcesz odzyskać